Rate this post

Miami poza pocztówką: jak naprawdę bije serce miasta

Większość osób kojarzy Miami z obrazkami z seriali: South Beach, palmy, turkusowa woda, sportowe kabriolety i wieczorne imprezy przy hotelowym basenie. Po kilku godzinach na miejscu pojawia się pierwsze zaskoczenie: to nie jest kurort, tylko ogromna, rozlana metropolia, w której plaża jest tylko jednym z wielu światów. Prawdziwe życie toczy się po drugiej stronie zatoki – w dzielnicach, gdzie mieszają się języki, zapachy jedzenia i muzyka z całej Ameryki Łacińskiej.

Serce tego miasta bije w rytmie migracji. Od lat 60. XX wieku Miami stało się jednym z najważniejszych punktów na mapie kubańskiej diaspory. Potem dołączyły kolejne fale przybyszów z Nikaragui, Kolumbii, Wenezueli, Haiti, Dominikany, Argentyny, Brazylii i wielu innych krajów. Każda z tych społeczności przyniosła własną kuchnię, muzykę, zwyczaje i polityczne emocje. Dlatego w jednym dniu można zjeść kubańskie ropa vieja, wypić kolumbijską kawę i zakończyć wieczór przy brazylijskiej sambie.

Jeśli celem jest poznanie alternatywnego oblicza Miami, trzeba świadomie wyjść poza schemat: nie ograniczać się do Ocean Drive, plaży i kilku „słynnych” klubów. Autentyczne Miami widać na Calle Ocho w Little Havana, w bocznych uliczkach Wynwood, w tętniących muzyką barach z salsą, w małych ventanitas serwujących kawę przez okienko, a także w pozornie cichym Coconut Grove, gdzie pod zielenią drzew ukryte są małe galerie i kameralne bary.

Miami potrafi też zmęczyć: jest głośne, momentami chaotyczne, rozciągnięte i mocno uzależnione od samochodu. Odległości, które na mapie wyglądają na niewielkie, w praktyce oznaczają 30–40 minut jazdy w korkach. Pomaga nastawienie: przyjąć, że to nie będzie kompaktowy, „spacerowy” city-break jak w europejskiej stolicy, tylko doświadczenie metropolii z wyspami klimatu. Z tą świadomością dużo łatwiej zaplanować pobyt tak, by zamiast frustracji poczuć, że faktycznie wchodzi się głębiej w tkankę miasta.

Nocna South Miami Avenue z kolorowymi smugami świateł i wieżowcami
Źródło: Pexels | Autor: Marcelo Gonzalez

Przegląd kluczowych dzielnic: mapa, dojazd, klimat

Miami Beach a „stały ląd”: dwa różne światy

Miami Beach to osobna wyspa i osobne miasto, połączone z resztą aglomeracji mostami. To tam znajdują się słynne plaże, hotele art déco i imprezowe South Beach. Po drugiej stronie zatoki jest tzw. Mainland – czyli „prawdziwe” Miami z Downtown, Brickell, Little Havana, Wynwood, Design District, Coconut Grove i szeregiem mniej znanych dzielnic. Świadome zaplanowanie pobytu oznacza zwykle balans między obiema stronami zatoki.

Na Miami Beach dominują turyści, resorty, plaża i kluby. South Beach jest głośne, intensywne i mocno skomercjalizowane. North Beach jest spokojniejsze, bardziej mieszkalne, ale mniej „filmowe”. Jeśli priorytetem jest dzielnice artystów, kubańska kuchnia i nocne życie poza typowo turystycznym szlakiem, sensownie jest spać po stronie Mainland (np. Brickell, Downtown, Coconut Grove) albo przynajmniej zaplanować większość dni właśnie tam.

Najważniejsze rejony dla sztuki, jedzenia i nocnego życia

Przy alternatywnym zwiedzaniu Miami przydatne jest szybkie rozpisanie dzielnic według tego, czego można się po nich spodziewać:

  • Wynwood – mekka street artu, murale, małe galerie, browary kraftowe, modne bary.
  • Design District – luksusowe butiki, public art, galerie współczesne, efektowna architektura.
  • Little Havana (Calle Ocho) – serce kubańskiej społeczności, kubańska kuchnia, bary z salsą, cygara, domino.
  • Coconut Grove – zielone, trochę bohemiczne, z restauracjami, knajpkami i luźniejszym, „miejscowym” klimatem.
  • Downtown & Brickell – biurowe drapacze chmur, ale też rosnąca scena barów koktajlowych, rooftopy, eventy.
  • Little River / Little Haiti – rozwijająca się scena artystyczna, mniej turystyczna, bardziej lokalna i surowa.

Dla artystycznego i kulinarnego eksplorowania szczególnie przydatne są trójkąty: Wynwood – Design District – Little River na północy oraz Little Havana – Downtown/Brickell – Coconut Grove na południu.

Odległości, korki i brak klasycznego centrum

Na mapie wiele dzielnic wydaje się blisko. W praktyce Miami jest zbudowane pod samochód, a ruch bywa bardzo gęsty. Przejazd z Miami Beach do Wynwood lub Little Havana w godzinach szczytu może zająć dłużej, niż sugeruje nawigacja. Warto planować dzień „blokami”: np. rano Wynwood, po południu Design District i okoliczne galerie; innego dnia – Little Havana, wieczór w Brickell.

Nie ma jednego, ciasnego „centrum” jak w wielu europejskich miastach. Downtown ma drapacze chmur i kilka atrakcji, ale szybko pustoszeje poza godzinami pracy biur. Prawdziwe „centra” to raczej pasma ulic, np. Calle Ocho w Little Havana czy NW 2nd Avenue w Wynwood. Plan dnia lepiej budować wokół takich osi niż wokół pojęcia „centrum miasta”.

Transport: auto, Uber, komunikacja miejska

Przy krótszym pobycie część osób zastanawia się, czy wynajmować samochód. Każda opcja ma swoje plusy i minusy:

Opcja Zalety Wady
Wynajem auta Pełna niezależność, łatwy dojazd do dalszych dzielnic, brak czekania Koszty (wynajem, paliwo, parking), korki, stres parkowania, ograniczenia po alkoholu
Uber / Lyft Brak problemu z parkowaniem, bezpieczny powrót w nocy, płatność w aplikacji Koszty przy wielu kursach, zależność od dostępności kierowców w godzinach szczytu
Metrorail / Metromover Tani, Metromover darmowy w Downtown/Brickell, omija korki Ograniczony zasięg, nie dojedzie do wielu ciekawych dzielnic (np. Wynwood)
Autobusy Najtańsza opcja, sieć całkiem gęsta Wolne, nie zawsze punktualne, mało intuicyjne dla turystów

Dla osoby skupionej na dzielnicach artystów, kubańskiej kuchni i nocnym życiu poza South Beach praktycznym rozwiązaniem bywa miks: nocleg w dobrze skomunikowanej dzielnicy (np. Brickell, Downtown, Coconut Grove) + Uber/Lyft na wieczorne wypady i powroty + sporadyczne korzystanie z komunikacji miejskiej w ciągu dnia.

Wynwood i okolice: od magazynów do galerii pod gołym niebem

Jak magazyny zmieniły się w kolorową dzielnicę artystów

Wynwood jeszcze kilkanaście lat temu było przemysłową, zaniedbaną okolicą pełną magazynów i hurtowni. Przestronne hale, niskie czynsze i duże, puste ściany przyciągnęły artystów, którzy zaczęli traktować dzielnicę jak płótno do eksperymentów ze street artem. Z czasem kolejne murale, galerie i małe studia przyciągnęły tłumy, a potem – inwestorów, restauratorów i mniejsze i większe marki.

Dzisiaj Wynwood to klasyczny przykład gentryfikacji: mieszanka nieprawdopodobnie różnorodnej sztuki ulicznej, autentycznych historii lokalnych artystów i całej otoczki „modnej dzielnicy” z food truckami, konceptualnymi sklepami i nocnym życiem. Da się tam wciąż znaleźć autentyczną energię, ale wymaga to odrobiny selekcji i świadomego patrzenia.

Wynwood Walls: ikona, ale nie jedyne miejsce warte czasu

Wynwood Walls to ogrodzony kompleks murali autorstwa znanych artystów street artu z całego świata. Bilet wstępu jest płatny, a na miejscu łatwo ulec wrażeniu, że całe Wynwood sprowadza się do tego jednego punktu. Daje on świetny przegląd stylów i technik, lecz jest też mocno „instagramowy”: tłumy, sesje zdjęciowe, wyznaczone trasy.

Warto spojrzeć na Wynwood Walls jak na punkt startowy, a nie jedyny cel. Po obejrzeniu kompleksu najlepiej wyjść poza ogrodzenie i skręcić w boczne ulice: NW 2nd Ave, NW 3rd Ave i przecznice między 22 a 29 ulicą kryją dziesiątki murali, często ciekawszych i świeższych niż te w głównym kompleksie. To tam widać „żywą” sztukę uliczną: nowe prace, nadmalowane starsze murale, komentarze społeczne i polityczne.

Dobrym sposobem na bardziej świadome poznanie dzielnicy bywa krótki spacer z lokalnym przewodnikiem lub mapa murali dostępna w niektórych galeriach. Dzięki temu łatwiej zauważyć, które prace są częścią większych projektów, a które powstały spontanicznie.

Małe galerie, pracownie i concept store’y

Poza murami uwagę przyciągają małe galerie i przestrzenie projektowe. W wielu z nich wystawy zmieniają się co kilka tygodni, pojawiają się otwarcia, wieczorne spotkania z artystami, warsztaty. To dobre miejsca, jeśli chce się porozmawiać z kimś z lokalnej sceny, kupić niebanalny plakat czy niedrogi nadruk zamiast masowej pamiątki z lotniska.

Obok galerii wyrastają concept store’y – sklepy, które łączą lokalne marki odzieżowe, rękodzieło, winyle, rośliny, a czasem kawiarnię lub mini-bar. Idealne, żeby złapać oddech między kolejnymi murami i jednocześnie poczuć, jak młode marki próbują budować alternatywną tożsamość Miami, odchodząc od stereotypu „miasta imprezy”.

Wiele pracowni i mniejszych galerii ma nieregularne godziny otwarcia, uzależnione od wydarzeń. Dobrą praktyką jest sprawdzenie ich kont na Instagramie – właśnie tam najczęściej pojawiają się informacje o wernisażach, live paintingach czy wieczorach muzycznych, podczas których dzielnica nabiera jeszcze więcej życia.

Najlepsza pora dnia, bezpieczeństwo i łączenie z innymi dzielnicami

Wynwood ma różne oblicza w zależności od pory dnia. Rano jest spokojnie – dobre światło do zdjęć murali i mniejsze tłumy, choć część lokali jest jeszcze zamknięta. Po południu życie koncentruje się wokół kawiarni, browarów i tętniących muzyką barów. Wieczorem dzielnica zamienia się w klubowo-barowe zagłębie, szczególnie w weekendy – jest głośno, tłoczno, imprezowo.

Jeśli priorytetem jest skupienie na sztuce i fotografiach, najlepiej pojawić się wczesnym popołudniem w dzień powszedni. Dla nocnego życia – piątek lub sobota wieczorem, z zastrzeżeniem, że wówczas trudniej o spokojną obserwację murali. Co do bezpieczeństwa: główne ulice Wynwood są zwykle dość ruchliwe, ale w nocy sensowne jest unikanie bardzo odludnych bocznych zaułków, szczególnie w pojedynkę. Standardowe miejskie środki ostrożności w zupełności wystarczą.

Wynwood łatwo połączyć z wizytą w Design District (kilka minut Uberem lub krótszy przejazd autem) albo z Downtown. Sensowne jest zaplanowanie całego dnia na północnej części Mainland: rano Wynwood, później przejazd do Design District (galerie, public art, spokojniejsza kawa), a wieczorem powrót do Wynwood na drinka lub koncert.

Nocne życie w dzielnicy Art Deco w Miami, neony i tłum na ulicy
Źródło: Pexels | Autor: Luis Erives

Inne zakątki sztuki: Design District, Little River, Coconut Grove

Design District: luksus, sztuka i przestrzeń do spacerowania

Design District to dzielnica, którą często omija się z obawy, że to tylko „centrum drogich sklepów”. Rzeczywiście, znajdują się tam butiki największych marek modowych i jubilerskich, ale między nimi ukryto sporo ciekawych elementów sztuki publicznej, geometryczne instalacje, rzeźby oraz nieszablonowe detale architektoniczne.

Największą zaletą tego rejonu jest możliwość spokojnego spaceru po ładnie zaprojektowanej przestrzeni miejskiej, co w rozlanych, samochodowych Stanach nie jest oczywistością. Można wejść do galerii współczesnej sztuki, zajrzeć do małych, często pustych w środku w ciągu dnia przestrzeni wystawienniczych i przyjrzeć się temu, jak sztuka i komercja przenikają się w mniej oczywisty sposób niż w Wynwood.

Dla osób, które nie planują zakupów, użyteczną strategią jest potraktowanie Design District jako „przystanku regeneracyjnego”: kawa, lekki lunch, rozejrzenie się po publicznych instalacjach i ruszenie dalej. Ceny bywają wyższe niż w innych dzielnicach, ale da się znaleźć też bardziej przystępne miejsca, zwłaszcza w bocznych uliczkach.

Little River i Little Haiti: surowa, rosnąca scena artystyczna

Na północ od Wynwood i Design District rozwijają się obszary Little River i Little Haiti. To miejsca o zdecydowanie mniej wygładzonym, bardziej surowym charakterze. Obok tradycyjnych sklepów i lokali społeczności haitańskiej pojawiają się magazyny przerabiane na studia, przestrzenie coworkingowe i galerie.

To dobra opcja dla osób, które szukają mniej turystycznego, bardziej eksperymentalnego oblicza sceny artystycznej. Część wydarzeń odbywa się w formie tzw. open studios – w wybrane wieczory artyści otwierają swoje pracownie dla publiczności. Informacje najlepiej śledzić w mediach społecznościowych konkretnych miejsc, bo terminy często są zmienne.

Little River i Little Haiti są mniej przewidywalne niż Wynwood czy Design District – nie ma tu gwarancji, że w dowolny dzień „coś się dzieje”. Nagrodą za odrobinę elastyczności jest jednak poczucie, że wchodzi się w żywą tkankę miasta: spotkania w małych kawiarniach, muzyka dobiega z otwartego okna studia, na ścianie obok wyrasta świeży mural. Jeżeli nie lubisz czuć się „turystą z aparatem”, to jeden z lepszych rejonów, by spokojnie obserwować, jak artyści i lokalne społeczności próbują współistnieć.

Bezpieczeństwo wygląda tu inaczej niż w wypolerowanych częściach Miami. W dzień główne ulice i okolice znanych przestrzeni artystycznych są zazwyczaj w porządku, ale wieczorami lepiej trzymać się konkretnych adresów i wydarzeń zamiast błąkać się po omacku. Dobrą praktyką jest przyjazd Uberem pod wybrane miejsce i ten sam sposób powrotu, zwłaszcza jeśli wracasz późno i jesteś pierwszy raz w okolicy.

Jeśli chcesz połączyć te rejony z innymi punktami dnia, sensowny bywa schemat: przedpołudnie w Wynwood, popołudnie w Design District, a na koniec krótki wypad do Little River lub Little Haiti na konkretne wydarzenie – wernisaż, koncert, open studios. Wtedy zamiast chaotycznego błądzenia masz jasny cel i więcej energii, żeby naprawdę wejść w lokalny klimat.

Coconut Grove: bohema nad zatoką i spokojniejsze tempo

Coconut Grove na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie innym światem niż surowe magazyny Wynwood czy Little River. Zieleń, zatoka, niskie zabudowania, żaglówki kołyszące się w marinach. Pod tą „pocztówką” wciąż jednak tli się dawny artystyczny charakter dzielnicy – małe galerie, niezależne księgarnie, lokalne festiwale i kameralne koncerty.

To dobre miejsce, jeśli potrzebujesz oddechu od intensywności murali i klubowego hałasu. Można spędzić kilka godzin, krążąc między kawiarniami, księgarniami i sklepikami z pracami lokalnych twórców, a potem usiąść nad wodą i po prostu popatrzeć na zatokę. Dla wielu osób to właśnie w Grove najłatwiej „przetrawić” nadmiar wrażeń po Wynwood i Little Havana.

Wieczorami okolice głównych ulic ożywają, ale nie jest to imprezowy rollercoaster w stylu South Beach. Raczej spokojne bary, małe sceny z muzyką na żywo, restauracje, w których można usiąść na dłużej i w normalnej głośności porozmawiać. Jeśli wolisz nocne życie w wersji „intymne stoliki i rozmowy”, a nie „tłum i stroboskopy”, Coconut Grove będzie dobrą bazą lub przynajmniej jednym z przystanków.

Praktycznie: Grove jest dobrze skomunikowane z resztą miasta – można tu dojechać metrem (Metrorail) i dojść spacerem, co jest miłą odmianą po konieczności łapania Ubera niemal wszędzie. Da się też sensownie połączyć dzień: popołudniowy spacer po Coconut Grove, kolacja z widokiem na wodę, a potem – jeśli jeszcze masz siłę – krótki kurs samochodem czy Uberem do Brickell albo Wynwood na bardziej intensywną końcówkę wieczoru.

Nocne hotele i neony Ocean Drive w tętniącym życiem Miami
Źródło: Pexels | Autor: Luis Erives

Little Havana i Calle Ocho: serce kubańskiej społeczności

Little Havana to miejsce, w którym najłatwiej poczuć, że Miami jest bliżej Hawany niż Nowego Jorku. Zapach kawy, cygar, stukot kości domina na stołach w parku Máximo Gómez, hiszpański słyszany częściej niż angielski. Serce dzielnicy bije wzdłuż Calle Ocho (SW 8th Street), ale prawdziwe życie rozlewa się też na boczne ulice i podwórka.

Jeżeli pierwsze skojarzenie z Little Havana to turystyczne sklepy z pamiątkami, można się pozytywnie zaskoczyć. Owszem, są tu neony, kolorowe magnesy i zorganizowane wycieczki, ale obok nadal działają rodzinne bary, zakłady cygar, małe piekarnie i kawiarnie, w których bywalcy znają się po imieniu. Wystarczy przejść dwa–trzy bloki dalej od najbardziej obleganych punktów, żeby hałas trochę ucichł, a rytm zrobił się bardziej sąsiedzki.

Dobrze zacząć od krótkiego spaceru wzdłuż głównego odcinka Calle Ocho, żeby złapać ogólny klimat: parki, małe pasaże, murale poświęcone muzykom i bohaterom kubańskiej diaspory. W ciągu dnia jest tu spokojniej – łatwiej przyjrzeć się detalom, zajrzeć do zakładu cygar, porozmawiać z właścicielem baru o tym, jak dzielnica zmienia się od lat 80. Wieczorami, zwłaszcza w weekend, przybywa muzyki i świateł; życie przesuwa się na chodnik, pod rozklekotane wentylatory, w stronę stołków przy barze niż na eleganckie sale restauracyjne.

Jeśli obawiasz się, że „nie znasz hiszpańskiego” – w większości miejsc dogadasz się po angielsku, a uśmiech i prosty „hola” robią więcej niż idealna gramatyka. To dzielnica, gdzie wiele osób ma za sobą historie migracji, straty, zaczynania od zera, więc naturalna ciekawość i szacunek do lokalnych zwyczajów są milej widziane niż perfekcyjny akcent. Zdarza się, że właściciel lokalu sam zagaduje: skąd jesteś, co już widziałeś w Miami, czy pierwszy raz pijesz cafecito.

Najbardziej żywo bywa przy okazji wydarzeń, takich jak Viernes Culturales – kulturalne piątki z koncertami, tańcem na ulicy i otwartymi galeriami. Jeśli lubisz, gdy miasto „wychodzi na zewnątrz”, zaplanuj wizytę właśnie wtedy. Dla spokojniejszego doświadczenia lepsza jest zwykła środa czy czwartek popołudniu: wtedy łatwiej usiąść w parku, poobserwować partyjkę domina, posłuchać, jak mieszają się hiszpański, angielski i kreolski z Haiti.

Kubańska kuchnia w praktyce: od ventanitas po rodzinne restauracje

Dla wielu osób Miami zaczyna się naprawdę dopiero wtedy, gdy pierwszy raz dostają do ręki mały, plastikowy kubek z gęstym, słodkim espresso – cafecito – podany przez uliczne okienko. Te okienka, czyli ventanitas, to nie tylko miejsce po kawę. To małe centra życia towarzyskiego: ktoś zamawia kawę do pracy, ktoś wpada na szybkie śniadanie, ktoś inny omawia wiadomości dnia, opierając się o blat.

Jeśli nie wiesz, jak się „włączyć do gry”, stań z boku i przez chwilę poobserwuj. Kolejka bywa umowna, ale zawsze ktoś przepuści cię z uśmiechem, gdy zorientuje się, że jesteś nowy. Na początek wystarczy: „Un cafecito, por favor” albo – jeśli unikasz cukru – zapytać po angielsku o mniej słodną opcję. Do tego mała przekąska: pastelito z guawą i serem, mięsny krokiet, kanapka medianoche na lekko słodkiej bułce.

Jeśli chcesz spokojnie usiąść i „rozebrać na części” kubańską kuchnię, lepszym wyborem będą rodzinne restauracje rozrzucone po Little Havana i dalszych częściach miasta. W menu często powtarzają się podobne dania, ale każde miejsce robi je po swojemu. Warto szukać talerzy typu comida criolla, czyli domowych zestawów: ryż, fasola, smażone banany, kawałek długo duszonego mięsa, czasem prosty sałatkowy dodatek. To nie jest wyszukana kuchnia degustacyjna, raczej jedzenie, którym karmiono pokolenia rodzin.

Dla osób, które nie jedzą mięsa, pierwsze spojrzenie na kartę może być lekkim szokiem. Zamiast rezygnować, można poprosić o talerz dodatków: ryż z czarną fasolą, smażone lub gotowane yuca (maniok), warzywne zupy, sałatki. W wielu miejscach kuchnia jest elastyczna – jeśli spokojnie wyjaśnisz, czego unikasz, kucharz często dorzuci coś spoza standardowej karty, choćby prostą fasolę duszoną z warzywami.

Kubańskie śniadanie bywa zupełnie inne niż hotelowy bufet, do którego wiele osób jest przyzwyczajonych. Zamiast omleta z trzema dodatkami częściej na stole lądują: chrupiąca tostada maczana w kawie z mlekiem (café con leche), jajka, trochę szynki, czasem smażony banan i odrobina ryżu z fasolą „z wczoraj”. Jeśli zaczynasz dzień intensywną eksploracją miasta, taki zestaw naprawdę trzyma długo – nie ma potrzeby podjadania co godzinę. Gdy wolisz coś lżejszego, spokojnie możesz zamówić samą kawę i słodkie pastelito, a resztę nadrobić późnym lunchem.

Przy większych posiłkach pojawiają się klasyki, które dobrze rozumieć choćby z nazwy, żeby uniknąć rozczarowania. Ropa vieja to długo duszona, „poszarpana” wołowina, lechón asado – pieczona wieprzowina w cytrusowej marynacie, vaca frita – podsmażane, chrupiące kawałki wołowiny z cebulą i limonką. Jeśli jesz ryby, często pojawi się prosty filet smażony na patelni z czosnkiem i pietruszką. Porcje bywają duże, dlatego dobrze jest dzielić jedno danie na dwie osoby albo zamówić kilka talerzy „na środek”, szczególnie gdy chcesz spróbować różnych smaków bez uczucia przejedzenia.

Wielu przyjezdnych zastanawia się też nad napiwkami i „kodem zachowań” w takich miejscach. Zasada jest podobna jak w reszcie USA: do rachunku dolicza się około 18–20% napiwku, chyba że zestawiono go już na paragonie. Nie ma potrzeby przesadnie się spinać – możesz spokojnie dopytać kelnera, co jest w danym daniu albo poprosić o łagodniejszą wersję, jeśli nie przepadasz za czosnkiem czy smażonymi potrawami. W małych lokalach często to właśnie szczera rozmowa otwiera drzwi do „poza kartą”: domowego deseru, kawałka flanu czy dodatkowej miseczki fasoli.

Na koniec dobrze zostawić sobie choć jeden wieczór, który krąży w trójkącie: muralowe uliczki Wynwood, spokojniejszy oddech Coconut Grove i gęsty od zapachów fragment Calle Ocho w Little Havana. To prosta trasa, ale pozwala zobaczyć Miami nie tylko przez pryzmat błyszczących wieżowców i plaży. Gdy wracasz nocą do hotelu z lekkim szumem w uszach od muzyki, z dłonią wciąż pachnącą kawą i cygarem mijanym po drodze, łatwiej zrozumieć, że serce tego miasta bije przede wszystkim w małych lokalach, przy kuchennych stołach i na ulicach, po których nikt nie drukuje pocztówek.